niedziela, 18 listopada 2012

Jerzy Starnawski, O uniwersytecie, którego już nie ma

Otrzymałem kilka maili z pytaniem o dostępność książeczki prof. Starnawskiego. Niestety, nakładem dysponował Autor, mnie pozostał tylko egzemplarz archiwalny. Ale egzemplarze obowiązkowe powędrowały niedawno do bibliotek, tak więc można ich wkrótce tam szukać. Natomiast pomyślałem sobie, że nie będzie chyba wielkim przestępstwem, i byłoby mi to przez Profesora wybaczone, że w dzień po Jego pogrzebie podzielę się z Państwem zawartością tego rzadkiego druku, jednego z ostatnich, jakie wyszły spod Jego pióra. Domyka się, niestety, pewna epoka w humanistyce i takie świadectwo jej uczestnika i historyka nie powinno być nam obojętne.

Książka była drugą pozycją z serii "Camerata" zainicjowaną przez Wydawnictwo Cedro i Synowie, rok wydania 2012, ISBN 978-83-929034-9-9. 
Oto jej tekst:


Jerzy Starnawski, O uniwersytecie, którego już nie ma


   Uniwersytety są*, jak powszechnie wiemy, dziełem wieków średnich i z wieków średnich zachowały bardzo długo podział na cztery wydziały: teologiczny, prawny, lekarski i filozoficzny (poprzednio nazywany wydziałem sztuk wyzwolonych). W dobie nowożytnej powstały uczelnie wyższe innego typu, np. politechniki; struktura uniwersytetów ulegała przekształceniom. Na ziemiach Polski trochę inną strukturę miały uniwersytety: wileński do 1832 r. i warszawski w l. 1817–1831. Ale w momencie odzyskania przez Polskę niepodległości oba doskonałe uniwersytety galicyjskie, jedyne wówczas istniejące, miały taką jak w wiekach średnich – z drobną finezją: rolnictwo, które we Lwowie, respective w pobliskich Dublanach, było samodzielną uczelnią związaną co nieco z politechniką, nie z uniwersytetem, w Krakowie stanowiło sekcję na wydziale filozoficznym [sic], nieco później stało się osobnym wydziałem uniwersytetu.
(* Przesłanką do powstanie niniejszej wypowiedzi jest przekonanie o coraz częstszym u nas braku orientacji w tym, jak wyglądały uniwersytety np. w wieku XIX i w dużej części wieku XX. Jeśli w naukowych pracach spotyka się informacje, że profesor działający w tym czasie był kierownikiem katedry – jest to nieporozumienie. Jeśli odtwarza się kalendarz życia i działalności uczonego czy pisarza i na podstawie indeksu uniwersyteckiego, w którym np. w III r. studiów wykazane były zajęcia z filozofii, pisze się, że dany profesor filozofii wykładał dla III r. filologii polskiej – to nieporozumienie o wiele większe. Wyjaśnieniu tych spraw poświęcony jest szkic.)

 
 Wydział Filozoficzny dopiero w Polsce niepodległej rozpadł się na: Humanistyczny i Matematyczno-Przyrodniczy. Zdecydował o tym rozrost spraw, obfitość sekcji, ale nie meritum. I jeden, i drugi z nowo erygowanych wydziałów miał w dalszym ciągu podstawy filozoficzne, i wszyscy studenci uczyli się filozofii.
   Z wieków średnich datowało się, że w uczelni wykładają profesorowie. Nazwa pochodzi od profiteor – wyznaję. Profesor winien wykładać to, co jest jego przekonaniem, wynikiem jego własnej pracy naukowej. Godność i znaczenie profesora uniwersytetu były bardzo duże. Tradycją wieków ukształtował się system, według którego w tym, co profesor wykładał, był niepodległy. Dziekan czy nawet rektor to byli przewodniczący grona profesorskiego. I jeden, i drugi urząd działał jako princeps inter pares, prezydował, reprezentował wydział, ale nie mógł i nie próbował narzucać profesorom, co i jak mają wykładać.
   Profesor zajmował katedrę. Nie można było powołać profesora, jeśli nie było katedry. Katedry dzieliły się na zwyczajne i nadzwyczajne. Profesor zajmujący w wieku XIX katedrę nadzwyczajną miał kompetencje mniejsze, nie promował doktorów. Przykładowo przypomnieć trzeba, że w 1817 r. w niemieckojęzycznym Uniwersytecie Lwowskim cesarz austriacki erygował z inicjatywy Józefa Maksymiliana Ossolińskiego nadzwyczajną katedrę języka i literatury polskiej, która zwyczajną stała się dopiero w 1856 r. Z czasem ustaliło się rozróżnienie: profesor zwyczajny i nadzwyczajny to dwa stopnie w hierarchii, nadzwyczajny awansuje na zwyczajnego. Ale, gdy powoływano profesora nadzwyczajnego lub zwyczajnego, mówiło się, że otrzymał katedrę nadzwyczajną lub zwyczajną. Liczba katedr mogła się zmieniać. Niektóre zanikały, inne powstawały. Przykład: w Uniwersytecie Lwowskim cesarz zgodził się w 1903 r. na drugą katedrę literatury polskiej; w wyniku plebiscytu młodzieży zatwierdzonego przez władze uczelni powołany został na katedrę Piotr Chmielowski. W r. 1909 udało się utworzyć katedrę literatury porównawczej ad personam – dla Jana Kasprowicza. Pierwszą w Polsce katedrę filologii angielskiej erygowano w Uniwersytecie Jagiellońskim w r. 1911, gdy wyłonił się kandydat – Roman Dyboski.
   Asystenci byli od dawna potrzebni na politechnice, na medycynie... Wykładali tylko profesorowie, ale studenci politechniki spędzali wiele godzin w salach doświadczeń pod kierunkiem asystentów, którzy rozdawali, a potem przyjmowali palniki i probówki, odpowiadali za porządek i faktycznie prowadzili ćwiczenia kontrolowane przez profesorów. Podobnie na sekcjach przyrodniczych uniwersytetu i na medycynie były wielogodzinne zajęcia w sali z mikroskopami, czy na medycynie w prosektorium. Zagadnienie asystentów na wydziale filozoficznym zaczęło się dopiero wtedy, gdy w ostatnich latach XIX wieku pojawiła się idea tworzenia przy każdej katedrze biblioteczki nazywanej najczęściej seminaryjną. Te powstawały pod opieką profesorów, dyżury pełnili asystenci. Początkowo był jeden asystent przy profesorze. Gdy były potrzeby większe, mogli być tzw. asystenci-wolontariusze, bywali to nawet studenci, nie pobierali stałego wynagrodzenia, mogli otrzymywać jakieś stypendia.
  Do katedry uniwersyteckiej dochodziło się przez habilitację, którą najczęściej uzyskiwali nie asystenci, lecz nauczyciele szkół średnich. W renomowanych gimnazjach spora część nauczycieli posiadała doktoraty, poniektórzy byli docentami. W uniwersytetach wystąpiło z czasem zagadnienie wykładów docenckich. Tytuł docenta otrzymywano po habilitacji. Trzeba było przedstawić rozprawę. Odbywała się dyskusja habilitacyjna. Było rozróżnienie w nomenklaturze: otrzymywało się doktorat z..., ale habilitację do..., bo mieściło się w tym prawo do wykładania danego przedmiotu. Terminologia zatraciła się z czasem; mówi się o kolokwium habilitacyjnym, bo też habilitację traktuje się jako jeden jeszcze egzamin w drodze służbowej. W czasach, o których mowa, habilitacja była wprowadzeniem do grona jeszcze jednego kolegi, który prezentował swą rozległą wiedzę. Dyskusja habilitacyjna odbywała się w Radzie Wydziału, ale wykład był publiczny, uroczysty. Profesorowie występowali we frakach. Studenci mogli słuchać. Wykład miał trwać 45 minut, ale dziekan miał prawo po 15 minutach podziękować. To działo się z reguły. Na 15 minut przygotował sobie wykład Wacław Sobieski, habilitujący się w Uniwersytecie Jagiellońskim na początku XX w. Dziekan nie przerwał mu i musiał po sześciu miesiącach powtórzyć wykład, który Rada Wydziału uznała za doskonały ale zbyt krótki. 
   Docent posiadał veniam legendi, prawo wykładania; nie miał tego, co się nazywało venia examinandi, egzaminować nie mógł. Dla utrzymania tytułu docenta miał obowiązek dać uczelni bezpłatnie co drugi rok 10 godzin wykładowych. Praktycznie było to tak, że – jeśli mieszkał we Lwowie lub w Krakowie – wykładał co drugi rok przez jeden trymestr w wymiarze 1 g. tyg.; jeśli był nauczycielem na prowincji, kumulował owe 10 g. w dwu dniach (5 i 5), gdy na krótko wyrwał się z swego miejsca zamieszkania. I formalności stawało się zadość, wykłady były ogłoszone, ale słuchaczy mogło nawet nie być. Julian Krzyżanowski wyraził się kiedyś, że docent miał wówczas przywilej bezpłatnego wykładania w uniwersytecie. Istniał termin docent prywatny. Jednakże docentura opłacała się nauczycielowi gimnazjum, gdyż przysługiwała mu zniżka godzin szkolnych do ośmiu tygodniowo. A więc za 8 g. lekcyjnych miał pełną pensję nauczyciela gimnazjalnego i czas na pracę naukową. A gdy opróżniała się katedra uniwersytecka, wybierano zazwyczaj jednego spośród kilku docentów danego przedmiotu czekających w kolejce. I wyroki rad wydziałowych były często nieomylne, mogą się wydać godne podziwu po stu latach (dosłownie!), jak powołanie po długiej dyskusji Ignacego Chrzanowskiego na katedrę historii literatury polskiej w UJ (1910), nieco później Juliusza Kleinera w UJK (1920), w Polsce niepodległej: w Uniwersytecie Warszawskim Juliana Krzyżanowskiego (1935) a później Wacława Borowego (1938) historyków literatury polskiej, Kazimierza Kumanieckiego (1935), filologa klasycznego. Powoływano najlepszego z najlepszych. Nie wypadało starać się o katedrę. Uniwersytet zapraszał. Starania czyniono tylko po cichu. Przed podjęciem uchwały o obsadzeniu wolnej katedry Rada Wydziału rozsyłała ankietę do innych uniwersytetów, zapytanie: kim obsadzić katedrę? Wyniki ankiety nie były ogłaszane i nie obowiązywały Rady Wydziału. Był to głos doradczy.
   Do Rady Wydziału należeli profesorowie zwyczajni i nadzwyczajni i przedstawiciel docentów. Docenci z wieloletnią wysługą lat otrzymywali tytuł profesora, w monarchii austrowęgierskiej nawet nadzwyczajnego lub zwyczajnego. Profesorowie tytularni czyli profesorowie bez katedr istnieli jeszcze w Polsce przez kilka lat po drugiej wojnie światowej. Obecnie w systemie wzorowanym na francuskim profesor tytularny znaczy mianowany. Ale nazwa ta rzadko jest wymieniana.
   Zdarzało się, że docent otrzymywał w pewnym wymiarze zatrudnienie, o ile był dodatkowy fundusz w danym uniwersytecie, który uzyskiwano np. z nieobsadzonej katedry. Można było wtedy powierzać docentom płatne godziny zlecone (wykłady i ćwiczenia), można było na czas określony zatrudniać asystentów ponad liczbę etatów przyznanych. Zdarzało się, że docent był zatrudniony jako starszy asystent; zdarzało się, że otrzymywał katedrę jako zastępca profesora. Gdy katedra obsadzona była zastępczo przez docenta nie mianowanego jeszcze profesorem, wyłaniała się potrzeba egzaminowania. Docent mógł otrzymać wyjątkowo z ministerstwa prawo egzaminowania na określony czas.
   Istniało zjawisko rozszerzenia habilitacji. Poddawali się temu docenci lub nawet profesorowie obejmujący katedrę innego przedmiotu niż tego, do którego habilitowali się pierwotnie. Np. Maria i Stanisław Ossowscy, oboje docenci estetyki, zakończyli działalność jako profesorowie socjologii.
   Studia kończono albo doktoratem albo dyplomem zawodowym, na wszystkich sekcjach wydziału filozoficznego – nauczycielskim. Doktoranci przedstawiali dysertacje, odbywali rigorosa z przedmiotu głównego i pobocznego, który obowiązywał, nadto z filozofii. Określony był czas rigorosum. Przykładowo: doktoryzujący się z historii literatury polskiej egzaminowani byli przez godzinę z historii literatury, przez pół godziny z językoznawstwa polonistycznego, przez pół godziny z przedmiotu pobocznego, którym mogła być filologia klasyczna lub jedna z neofilologii, historia, historia sztuki. Jeśli dysertacja była językoznawcza i ta dziedzina była głównym przedmiotem, zmieniały się proporcje: egzamin z językoznawstwa trwał godzinę, z historii literatury – pół godziny. Dwugodzinny egzamin odbywał się przed komisją, której przewodniczył dziekan, uczestniczyli dwaj egzaminatorzy z przedmiotu głównego i jeden – z pobocznego. Osobno odbywał się jednogodzinny egzamin z filozofii przed dwoma profesorami filozofii pod przewodnictwem dziekana.
   W monarchii austro-węgierskiej specjalnym wyróżnieniem był doktorat sub auspiciis imperatoris. Dozwolona była w każdym uniwersytecie jedna taka promocja w roku. Uniwersytet Wiedeński miał przywilej trzech takich doktoratów rocznie. Doktorant musiał zdać wszystkie rigorosa celująco i dysertacja musiała być uznana za wybitną. Księga doktoratów sub auspiciis imperatoris w archiwum Uniwersytetu Jagiellońskiego świadczy, że nie w każdym roku przedstawiano w tym środowisku kandydata. Przykładowo wymienić trzeba, że w Uniwersytecie Jagiellońskim promocję sub auspiciis imperatoris odbyli: filolog klasyczny Stanisław Witkowski, po latach historyk Oskar Halecki; w Uniwersytecie Lwowskim historyk literatury Juliusz Kleiner; w Uniwersytecie Wiedeńskim spośród Polaków filolog romański Stanisław Wędkiewicz. W uroczystej promocji we Lwowie cesarza reprezentował namiestnik Galicji, w Krakowie – delegat namiestnika. Promowany otrzymywał od cesarza złoty pierścień z brylantem.
    Uhonorowanie nieprzeciętnych doktoratów nie było obce w polskiej tradycji. Promocję doktorską Macieja Kazimierza Sarbiewskiego w Uniwersytecie Wileńskim zaszczycił swą obecnością przebywający w Wielkim Księstwie Litewskim Władysław IV.
   Egzamin nauczycielski obejmował przedmioty główny i poboczny. Kandydat nie przedstawiał dysertacji; pisał pod nadzorem przez 9 godzin pracę, z czego Komisja mogła go zwolnić, jeśli był drukowany dorobek. Jedna z rozpraw drukowanych mogła być uznana za równoważnik dziewięciogodzinnej pracy klauzurowej. Tak było m.in. w egzaminie nauczycielskim Stanisława Pigonia.
   Zarówno doktorat jak i egzamin nauczycielski były egzaminami z całości, jedynymi. Zdolni studenci otrzymywali doktorat po czterech latach od wstąpienia na studia. Oczywiście było możliwe zakończenie studiów egzaminem nauczycielskim i uzyskanie doktoratu po kilku latach pracy pedagogicznej. W czasie studiów nie było żadnego egzaminu; mogły być tylko kolokwia zarządzane przez profesora. Np. Roman Pollak wymagał trzech kolokwiów z poszczególnych epok literatury staropolskiej: średniowiecza, renesansu i baroku. W UW profesorowie językoznawstwa wymagali kolokwium z fonetyki przed egzaminem z gramatyki opisowej języka polskiego. Seminaria zaistniały w uniwersytetach dopiero w drugiej połowie XIX w. W pensum profesora było 7 godzin tygodniowo, z czego 5 g. poświęcał wykładom, 2 g. były seminaryjne. W XX w. zaistniała potrzeba zwiększenia godzin seminaryjnych. Jeżeli profesor uznawał za konieczne prowadzenie drugiego seminarium, dwugodzinne seminarium liczyło mu się jako jedna godzina.
   W seminarium uczestniczyli studenci wszystkich lat bez podziału na młodszych i starszych. Idea proseminariów, ćwiczeń wstępnych, dających studentom wyjaśnienia propedeutyczne, jak studiować, pojawiła się dopiero na początku XX wieku i nie każdy profesor prowadził ćwiczenia wstępne. Najzdolniejsi studenci obywali się bez tego, Zdarzało się, iż przychodzili na studia przygotowani tak doskonale, że biorąc udział w seminarium razem ze starszymi i przysłuchując się odczytywanym rozdziałom dysertacji doktorskich, potrafili aktywnie uczestniczyć w dyskusjach. Juliusz Kleiner od pierwszych chwil pobytu w uniwersytecie zabierał głos wspaniale w czasie seminarium, gdy starsi koledzy odczytywali rozdziały dysertacji doktorskich. Stanisław Pigoń w arcypamiętniku Z Komborni w świat wystawił młodszemu koledze, Wacławowi Borowemu, świadectwo, iż pojawiwszy się na studiach, od początku doskonale wiedział, jak się po uniwersytecie poruszać.
   Z posłaniem profesora głoszącego to co wyznawał wiązało się dostojeństwo wykładu uniwersyteckiego. Profesor wykładał w każdym roku co innego. Tytuły wykładów były ogłaszane, niejednokrotnie w prasie. Wykład był publiczny, mogły przychodzić osoby nie będące studentami. Studentów obowiązywało wpisywanie do indeksu tytułu bardzo dokładnie, bez przekręcenia. Dziekan miał prawo unieważnić zaliczenie, jeśli tytuł wykładu nie był podany właściwie. Wykłady były bardzo często pierwszą redakcją książki. Po śmierci profesora ogłaszano je drukiem, o ile autor nie zdołał nadać im ostatecznego kształtu.
   Czyż trzeba lepszego przykładu niż prelekcje Mickiewicza w Collège de France w Paryżu? – Ileż o nich pisano we współczesnej poecie-profesorowi prasie? Ileż było wzmianek w korespondencji emigrantów polskich? Oczywiście, tekst prelekcji stanowi organiczną część zbiorowych edycji dzieł Mickiewicza. Ubolewać należy, iż tylko tekst polski; krytyczne opracowanie tekstu oryginalnego, francuskiego, dokonane przez Leona Płoszewskiego, pozostaje dotąd w rękopisie. Dodać warto, że Mickiewicz świadomy wykładania co roku czegoś zupełnie nowego oświadczył po zaprzestaniu kursu Aleksandrowi Chodźce, iż nie byłby już w stanie wrócić na katedrę.
   Lista monografii, które wykładane były latami przez ich autorów zajmujących katedry uniwersyteckie, byłaby długa, również lista wykładów uniwersyteckich ogłoszonych przez uczniów profesora. Najlepszy przykład stanowi twórczość naukowa Romana Pilata. Uczony ten zmierzał do wielotomowej syntezy dziejów literatury polskiej, którą partiami wykładał przez kilka lat, po czym zaczynał od nowa kurs przepracowany. Dzieło życia uczonego wydawali po jego śmierci z ogromnym pietyzmem uczniowie. To samo działo się z wykładami uniwersyteckimi Konstantego Wojciechowskiego. Niektóre nie zostały nawet ukończone, ale na opublikowanie zasługiwały i decyzja o ich wydaniu była słuszna.
Z inicjatywy słuchaczy ogłoszony został jako książka roczny wykład Adama Antoniego Kryńskiego Jak nie należy mówić i pisać po polsku, w wiele lat później wykład Tadeusza Milewskiego Zarys językoznawstwa ogólnego. Po śmierci mego mistrza, Juliusza Kleinera, zadbałem o jego inedita.
   W czasach, w których tak wiele znaczył profesor, zjawiskiem nierzadkim było studiowanie nie w jednym uniwersytecie. Była to zresztą tradycja trwająca od wieków średnich, od początku istnienia uniwersytetów. W r. 1424 powstał uniwersytet w Lowanium w Belgii. Już w trzy lata później wychowanek uczelni przywędrował nad Wisłę do starszej o parędziesiąt lat Akademii Krakowskiej. A przy końcu wieku XV trwały ślad działalności poetyckiej pozostawił Konrad Celtes (Celtis), przybyły do Akademii Krakowskiej po naukę astronomii; założył pierwsze na ziemi polskiej towarzystwo naukowe, Sodalitas litteraria Vistulana. W dobie renesansu prawie wszyscy wybitni polscy pisarze i uczeni po ukończeniu Akademii Krakowskiej udawali się na dalsze studia za granicę. Prześliczny dziedziniec w uniwersytecie padewskim ozdobiony jest herbami, którymi upamiętniali się zamożni studenci. Odnaleziono tam ponad osiemdziesiąt herbów studentów polskich. Rektorem wybranym przez studentów był w jednym roku Jan Zamoyski.
   W dobie nowożytnej zmiana uniwersytetu, nawet wędrówka po uniwersytetach, stała się zjawiskiem mającym dobre i złe strony. Było to łatwo wykonalne w systemie, w którym nie było egzaminów cząstkowych. Było celowe i owocne, jeśli słuchacz bardzo samodzielnie uczący się i idący drogą prawdziwie naukową poznawał metody naukowe kilku wybitnych uczonych i studia odbyte w niejednym uniwersytecie kończył chlubnie doktoratem. Tak studiowali m.in. Ignacy Chrzanowski, Stefan Kołaczkowski. Zdarzało się, że absolwent jednego uniwersytetu, którego nie zmieniał w czasie studiów, zakończywszy je, wędrował po innych uczelniach krajowych lub zagranicznych dla pogłębienia wiedzy. Przykladowo: Stanisław Windakiewicz, Manfred Kridl, Juliusz Kleiner. Ale był także model studentów nie kończących uniwersytetu, zamożnych, którzy – korzystając z swobodnego systemu studiów – spędzali np. jeden semestr czy trymestr (różnie bywało w różnym czasie) w atrakcyjnym środowisku, inny w innym i... zabawiali się po to, by w towarzystwie popisywać się, że w Grenoble słuchali takiego to profesora, a we Fryburgu innego. Ale naprawdę tylko widzieli go – nie uczyli się od niego.
   Dobry był zwyczaj, że bardzo wybitny i zasłużony profesor przechodzący na emeryturę otrzymywał tytuł profesora honorowego. Profesor honorowy był pełnoprawnym członkiem grona. Mógł, choć nie musiał, prowadzić w pewnym zakresie zajęcia, mógł uczestniczyć w przewodach doktorskich i habilitacyjnych, przychodzić na Rady Wydziału. Odróżnić należy profesurę honorową od doktoratu honoris causa. Ten zaszczyt uważano za najwyższą godność, jaką uniwersytet rozporządza. Nie szafowano nim. Gdy w 1949 r. otrzymywał doktorat h.c. Uniwersytetu Jagiellońskiego Leopold Staff, wyliczano twórców, których zasługi w dziedzinie artyzmu były nagrodzone tym odznaczeniem w UJ: Józef Ignacy Kraszewski, Jan Matejko, Henryk Sienkiewicz, Ignacy Paderewski, Karol Szymanowski. Staff był szósty. Kolekcjonerów dwudziestu kilku doktoratów h.c. w tych czasach nie było i nie było wydawania równoczesnego serii doktoratów h.c., wydawania kurtuazyjnego, np. dla dyplomatów przyjeżdżających do Polski. Istniał i jeszcze tu i ówdzie istnieje piękny zwyczaj odnawiania doktoratu po pięćdziesięciu latach. Uroczystości takie organizowano, niekiedy organizuje się jeszcze w naszej współczesności, jeśli ktoś doktoryzowany przed pięćdziesięciu laty okazał się prawdziwym uczonym.
   Liczba asystentów w zasadzie była zgodna z liczbą profesorów: jeden asystent przy katedrze. Co robił asystent, zależało od profesora. Jeśli był zaawansowany, miał doktorat lub do doktoratu zmierzał, profesor powierzał mu 2 g. ćwiczeń. Ale nie było to regułą. Jeśli w uniwersytecie było kilku profesorów jednego przedmiotu, mogli się porozumieć co do tego, że asystenci są przy zakładzie i wówczas asystenci danego zespołu katedr mającego wspólny zakład uważali wszystkich profesorów zespołu za swych przełożonych, zachowywali bliższy związek naukowy z jednym z nich. Gdy zakład był duży, powoływano do kierowania nim adiunkta. Zaistniał ten stopień uniwersytecki, początkowo była to określona funkcja.
   Już w wolnej Polsce, ok. 1927 r., wprowadzono stopień magistra na zakończenie studiów, a do doktoratu przystępowało się po studiach. Ponieważ trzeba było przed egzaminem ostatecznym przedstawić pracę magisterską a przed rigorosum doktorskim nową, była zwykle odległość przynajmniej dwu lat pomiędzy magisterium i doktoratem. Bardzo zdolni doktoranci otrzymywali dyplom wcześniej W czasie studiów wprowadzono egzaminy, których liczba, różna na różnych sekcjach, była 6–8. Na sekcji historii było egzaminów najmniej, zakres każdego z nich bardzo duży. Na sekcji filologii polskiej zaistniała dwutorowość. Profesorowie języka przeprowadzili zasadę egzaminów bardziej rozbitych: studenci specjalizujący się w historii literatury zdawali trzy egzaminy językowe, specjalizujący się w językoznawstwie mieli ich więcej jeszcze. Natomiast egzamin z historii literatury polskiej wraz z elementami poetyki i stylistyki był jeden tylko, drugim był magisterski, bo zasiadający w komisji ministerialnej profesorowie literatury, konkretnie Chrzanowski i Kleiner, byli zwolennikami egzaminów o większym zakresie. Niektóre egzaminy były piśmienne lub piśmienne i ustne.
   Wykłady były dla studentów wszystkich lat, na seminariach zaprowadzono z czasem różnicę poziomów. Studenci I r. mieli różnego rodzaju ćwiczenia, niektóre prowadzone przez siły pomocnicze, choć byli profesorowie prowadzący osobiście także ćwiczenia wstępne, wskutek tego dostęp do nich mieli studenci wszystkich lat. Od profesora zależało, jakie trzeba spełnić warunki, by być przyjętym na seminarium. Przykładowo: Juliusz Kleiner wymagał od studentów I roku, uczestników ćwiczeń: kolokwium z jednego wykładu historycznoliterackiego (niekoniecznie polonistycznego) prowadzonego przez 2 trymestry w wymiarze 2 g. tyg. i kolokwium z ćwiczeń, które było pisemne i ustne. W ramach ustnego obowiązywała lektura jednej pozycji z zakresu teorii literatury. Stanisław Pigoń wymagał od wstępujących na seminarium kolokwiów z poetyki i z bibliografii przeprowadzanych przez asystentów. Spośród filologów klasycznych Gustaw Przychocki wymagał od wstępujących na seminarium łacińskiej pracy napisanej w ramach ćwiczeń. Seweryn Hammer jako latynista wymagał kolokwium z Eneidy, a Tadeusz Sinko na seminarium greckie przyjmował tych, którzy zdali kolokwia z dwu dramatów greckich.
   Istniał podział na seminaria niższe i wyższe. Egzaminy zdawano w różnych terminach, zaliczenie roku nie było od nich uzależnione. Warunkowało je tylko zaliczenie ćwiczeń lub seminarium. Kolejność zdawania egzaminów była na ogół dowolna poza pewnymi wyjątkami. W zakresie językoznawstwa trzeba było mieć zdane egzaminy z gramatyki opisowej języka polskiego i z języka starocerkiewnosłowiańskiego, trzeba było mieć zaliczony jeden rok seminarium języka polskiego, by przystąpić do egzaminu z gramatyki historycznej z języka polskiego z elementami dialektologii.
   Studenci wszystkich sekcji dawnego wydziału filozoficznego zdawali egzamin, który nazywał się główne zasady nauk filozoficznych i przygotowywali się do niego zazwyczaj przez 1 rok, uczęszczając w tym czasie na wykłady prowadzone przez profesorów filozofii, często również na proseminarium filozoficzne. Na owym proseminarium spotykali się studenci wielu sekcji, także studenci filozofii. Zapisując się, podawali swą przynależność do określonej sekcji. Utarło się, że studenci filozofii podawali „filozofia ścisła”. Ten nielogiczny termin zwalczał m.in. Roman Ingarden, dowodząc jak najsłuszniej, że to co nie jest ścisłe przestaje być nauką. Podobnie „nauki ścisłe” traktował jako impertynencję dla humanistów. Owa impertynencja bywa jeszcze nieraz wypowiadana; o „filozofii ścisłej” nie mówi się już dziś, gdyż wskutek rozdrobnienia zajęć poszczególnych sekcji studenci filozofii nie mają wspólnych ćwiczeń z kolegami z innych kręgów.
   Liczba katedr wzrastała w XX w., ale nie w zawrotnym tempie. Powstawały nowe dyscypliny. Ustanawiano katedry: etnografii i etnologii, psychologii, socjologii, pedagogiki i historii wychowania. O erygowanie tych dwu ostatnich upomniał się w 1913 r. na łamach studenckiego pisma „Którzy idziemy” aktywny w kole naukowym słuchaczy UJ Zygmunt Kukulski. W odrodzonej Polsce został profesorem katedry pedagogiki i historii wychowania w KUL. Zaistniało w czwartym dziesiątku lat XX w. inne zjawisko, bardzo przykre: likwidacja 52 katedr w uniwersytetach polskich za czasów ministra WRiOP Janusza Jędrzejewicza. Podstawę formalną znaleziono taką: nominacja podpisana przez prezydenta jest ważna do końca życia, ale minister ma prawo znieść katedrę. Słynne rugi jędrzejewiczowskie dotknęły profesorów nie godzących się z nową ustawą akademicką, odbierającą autonomię uczelniom, i protestujących przeciw procesowi więźniów brzeskich. Był to pierwszy gwałt na dużą skalę zadany nauce polskiej. Filologia angielska była reprezentowana trzema tylko katedrami (Kraków, Warszawa, Lwów). Ażeby usunąć z katedry Władysława Tarnawskiego (UJK), zlikwidowano jedną z trzech. Po drugiej wojnie światowej potrzeby anglistyki były ogromne, brakło profesorów. Spośród siedmiu katedr w uniwersytetach polskich żadna nie była początkowo obsadzona przez profesora zwyczajnego lub nadzwyczajnego. Tylko po to, by usunąć z katedry Stanisława Kota, Jędrzejewicz zlikwidował katedrę historii kultury polskiej w UJ. A więc katedra historii kultury polskiej uznana został za niepotrzebną. Sic. Niektórzy profesorowie pozbawieni katedr wykładali jako docenci (podstawa prawna istniała, jeśli habilitowali się w tym uniwersytecie), a Rada Wydziału z roku na rok uchwalała dla nich prowadzenie seminarium. Taka była ciuciubabka z ministerstwem.
   System przedstawiony utrzymywał się do drugiej wojny światowej w dużej mierze przez kilka lat powojennych, z tym, że wskutek przetrzebienia kadry naukowców w latach wojny i jednocześnie zwiększenia liczby dyscyplin wykładanych szereg katedr obsadzono zastępczo przez docentów lub nawet przez doktorów nie posiadających habilitacji. W jednym wypadku przez magistra (Stefan Żółkiewski w Uniwersytecie Warszawskim). Począwszy od 1945 r. docenci i zastępcy profesorów otrzymali prawo egzaminowania. Wojna spowodowała przełom.
   Uniwersytet Jana Kazimierza we Lwowie przekształcono po zajęciu miasta przez ZSRR w Uniwersytet Ivana Franki, nadając mu strukturę radziecką. Po raz pierwszy na ziemi polskiej wprowadzono na humanistyce wykłady dla poszczególnych lat, po raz pierwszy zmieniono system katedr. Aż do tego czasu trwał system: profesor – katedra. Organizacja radziecka wprowadziła katedry-jednostki, grupujące wielu profesorów i docentów, z których jeden był kierownikiem katedry. Do pewnego stopnia stało się to deską ratunku dla profesorów, których katedry zostały skreślone. Juliusz Kleiner, mianowany kierownikiem katedry literatury polskiej, przyjął do zespołu Stanisława Łempickiego, którego katedra historii oświaty i szkolnictwa została zniesiona. Nieprzydatni okazali się wszyscy profesorowie filozofii, bo przekreślona została cała filozofia przedmarksistowska; katedrę filozofii marksistowskiej powierzono Stefanowi Rudniańskiemu, który zjawił się we Lwowie. Ingarden wylądował w katedrze matematyki.
Przypomnieć warto dowcipną wypowiedź Kleinera w czasie mityngu jednego, zmierzającą do uratowania historii filozofii. Wystąpił z postulatem, by młodzież dla lepszego zrozumienia Marksa i Lenina uczyła się o tym, co w filozofii było przedtem. Na to otrzymał odpowiedź, że przedtem były jedynie bzdury, których młodzieży prezentować nie wolno.
   W okresie PKWN wkroczył w swój nowy okres Katolicki Uniwersytet Lubelski, obok tego rozpoczął działalność Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, państwowy. Tu zaprowadzono radziecki system katedra-jednostka, kierownik katedry... Ale początkowo nie stanowiło to żadnej różnicy, bo katedry obsadzono z trudem i nie było katedr grupujących wielu profesorów. System radziecki wprowadzono w całej Polsce około 1952 r. Zgrupowano w każdej prawie katedrze kilku profesorów, jednego ustanawiano kierownikiem. Później przeżyć wypadło naszemu pokoleniu wiele szykan, usuwanie renomowanych profesorów nie odpowiadających reżymowi, odsuwania ich od wykładów. Np. na przeciąg kilku lat zatłuczono nauki filozoficzne, zostawiając tylko logikę i materializm dialektyczny. Po tzw. „październiku 1956” przywrócono filozofię, która przetrwała w KUL. 
   Przeżyliśmy również wiele przekształceń. Katedry zmieniano w instytuty z dyrektorami, niekiedy wcale nie najwybitniejszymi w gronie, podając motywację, że katedry to były folwarki pańszczyźniane. A więc zamiast folwarków pojedynczych dominować miały klucze folwarków. Jeden z dyrektorów instytutu ogłosił regulamin, w którym powiedziane było, że dyrektor instytutu jest „służbowym przełożonym wszystkich pracowników”. Jak bardzo poniżał ten regulamin godność profesora uniwersytetu, nie trzeba przekonywać nikogo. Przypomnieć można tylko, że w Uniwersytecie Jagiellońskim doszło już w dwudziestoleciu międzywojennym, a więc wtedy gdy nie było jeszcze instytutów, na podstawie porozumienia szeregu katedr do powstania Studium Słowiańskiego. Był dyrektor Studium; z autopsji pamiętam dyrekturę Zenona Klemensiewicza, potem Tadeusza Lehra Spławińskiego. Nie przyszłoby do głowy dyrektorowi Studium Słowiańskiego uważać się za „służbowego przełożonego” Pigonia czy Kleinera. Wśród asystentów byli w nowej sytuacji tacy, którzy bardzo lojalnie współpracowali z profesorami. Ale byli i tacy, którzy dali się włączyć do walki z profesorem niewygodnym ich prowodyrowi, którzy czuli się powołani do kontrolowania profesorów, do głoszenia tezy, że profesorów nie ma, bo są tylko „nauczyciele akademiccy”. Ten termin, doskonały na zebraniu Związku Nauczycielstwa Polskiego, nie jest precyzyjny w strukturze uniwersytetu. To jeden przykład świadczący, że oblicze uniwersytetu zmieniło się o 180°. A dodać trzeba, że wykłady uniwersyteckie bardzo często nie mają nic wspólnego z uniwersyteckimi, jeśli np. o literaturze powszechnej wykłada ktoś nie znający języków i nie czytający dzieł literatury powszechnej w oryginale. W wielu uniwersytetach istnieją liczne „nasiadówki”, w których dosłownie ślepy wykłada o kolorach. Uniwersytet staje się szkółką. Jakże zmieniły oblicza rady wydziałowe, w których asystenci pouczają profesorów. A dziekan często nie panuje nad sytuacją i nie umie nadać odpowiedniego tonu. Doktoraty i habilitacje są niekiedy zupełnie nie na poziomie. Sprzyja temu rozliczanie profesorów z wypromowanych doktoratów.
   Zmieniło się wiele. Przyszłość pokaże, czy kiedyś jeszcze uczelnie wyższe w Polsce wrócą do swych chlubnych tradycji, czy odrodzą się uniwersytety, których już nie ma.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Prześlij komentarz